Jest dobrze. Jakiś czas temu zaczęły mi się pierwsze w moim życiu studenckie wakacje. Sesja ponownie nie sprawiła mi większego problemu, co dziwniejsze poszła jeszcze lepiej niż ta pierwsza. Moje notatki z hist. sztuki i tym razem obiegły połowę mojego kierunku. Wszystko pięknie, gdyby potem koleżanki i koledzy nie chodzili za mną i nie śmiali się z moich błędów ortograficznych ;P
Wprowadził się nowy współlokator. Nie mogę powiedzieć o nim za dużo, bo nie miałam przyjemności widzieć go na oczy (nie było mnie już w Poznaniu gdy się wprowadzał) Chłopak pracuje w zoologicznym w Tesco i z tego co zrozumiałam – moje mieszkanko o mało co nie wzbogaciło się o 2m pytona i szczura. ;)
Pierwszy punkt z listy wakacyjnych planów już zaliczyłam – koncert Dir en grey w Warszawie. Było niesamowicie. Aach! Właśnie. Tu mała dygresja. Jakiś x czasu temu, gdzieś w jakimś bzdurnym kobiecym czasopiśmie przeczytałam, że kobieta z powodzeniem jest w stanie zastąpić seks – tabliczką czekolady. Niby wydzielają się wtedy te same hormony, wprawiając kobietę w szczęśliwy stan. Moje zdanie na ten temat? Albo autorka tekstu była dziewicą, albo miała naprawdę chujowego partnera. Może też miało to za zadanie pocieszyć te z pań, które z tematem są w ogóle nie obyte. Moim skromnym zdaniem, jeśli cokolwiek jest w stanie seks zastąpić, to właśnie wymarzony koncert, ukochanego zespołu w jakimś nie koniecznie wielkim miejscu. Mrrry. Było głośno, parno, z dużą ilością skakania, gibania się i wywijania łapkami. Z dużą ilością śpiewu – aż do zachrypnięcia. Znowu zagrali Obscure i znowu moje drobne ciało zostało przeszyte basową nutą, która zaczęła rezonansować gdzieś w okolicach mojego mostka, powodując te dziwne uczucie, które znają tylko wybrani ;P
Co dalej…
Mam do dyspozycji autko i niedawno zabrałam nim na przejażdżkę pierwszego pasażera, który nie był moim tatą (bo jak do tej pory nikt poza tatą nie chciał ze mną jeździć)
Badyl przeżyła. Co więcej: nawet jej się podobało :P
Jakiś czas temu zakupiłam gitarę basową i w każdej wolnej chwili molestuje ją ile tylko mogę. Mam taki ambitny plan nauczyć się czegokolwiek przez te wakacje ;)
No dobra. Zacznę od początku, bo mi ucieknie.
Czwartek 26.03.09
Po wyjątkowo dłuuugiej i nudnej podróży pociągiem, dotarłam do Koszalina. Jakoś tak od razu mi się humor poprawił. Poznaniacy nabijają się trochę z tego mojego lokalnego patriotyzmu. Wracając jednak do tematu: w czwartek skończyłam w Zaciszu, dla odmiany w typowo damskim gronie (no, nie licząc chłopaków z klubu fantastyki, których zastałam na miejscu). Zanim przyszły moje baby, pokiwaliśmy trochę głowami z Pacjentem, nad faktem całkowitego rozsypania się grupy ludzi, która tu kiedyś mieszkała i działała. Powstał nawet plan, by zrobić ognisko w Wielki Piątek na Piaskowej – ale z racji wyraźnie wskazującego stanu pomysłodawcy, wątpię by o tym pamiętał.
Piątek 27.03.09
Ponieważ dzień wcześniej dowiedziałam się, że w piątek Grześ organizuje urodziny, wybyłam na miasto w celu znalezienia odpowiedniego prezentu. Nie zajęło mi to dużo czasu. Z kilogramem świeżo zakupionych krówek ruszyłam do domu. Na przystanku, na nieszczęście, natknęłam się na jakąś ciężarną cygankę *dalszy fragment pominę milczeniem xD*
Impreza zaczęła się koło godziny 18. Nie było nas dużo. Ja, Pola, Grześ i Daria.
Grześ wydawał się być zadowolony z prezentów. Krówki miał zjeść sam. Okazało się jednak, że na papierkach znajdują się zabawne teksty i razem z dziewczynami zabrałyśmy się ochoczo do ich odkrywania. Potem wymieniałyśmy się co ciekawszymi tekstami. Po jakimś czasie dołączył do nas Harry z Kaśką, Yogi i Marek, Badyl i Ayumi. Właściwie dawno nie spędziłam tak pozytywnego wieczoru. Były śmieszne rebusy, zagadki, obiegowe rysunki, krówkowy flirt i dużo śmiechu.
Sobota 28.03.09
Zachęcona piękną pogodą ruszyłam na miasto. Po długim spacerze utknęłam w empiku, w dziale z fotografią. Trochę czasu mi tam zleciało. Przy wyjściu natknęłam się na Adama i dziewczynę-której-imienia-niestety-nie-zapamiętałam-co-nie-zmienia-faktu-że-była-urocza xD wszyscy byliśmy w kurtkach w szkocką kratę. Oczywiście odmiennych krojów – ale widok był zabawny. Prezentowaliśmy się trochę jak jakaś mafia kanadyjskich drwali. Okazało się, że dziewczyna jest przejezdna. Pokręciliśmy się więc trochę po centrum, pokazując co ciekawsze obiekty, a potem długi czas siedzieliśmy pod ratuszem nabijając się z koszalińskich gołębi. Koło piętnastej wylądowałam u Ańka na herbacie. Potem dom, obiad, odrobina oddechu z rodziną i ponownie na miasto. Umówiłyśmy się z dziewczynami Pod Gryfami. Niestety okazało się, że lokal jest cały przepełniony. Przeniosłam się więc do Graala i zaczęłam cierpliwie czekać. Guś nie odpisała, Marta się wycofała i koniec końców zjawiła się tylko Pola. Przeniosłyśmy się do Parkowego, bo w Graalu nie mają zapiekanek ;P Tak się jakoś złożyło, że w Parkowym był koncert. Posiedziałyśmy, pogadałyśmy, zjadłyśmy co miałyśmy zjeść i zeszłyśmy na sale. Po jakiś dziesięciu minutach dosiadł się do nas jakiś dziadek. Z miejsca poinformował nas, że nie ma zamiaru nas podrywać, potem zapytał się nas czy jesteśmy siostrami *swoją drogą trochę dziwne, bo już któryś raz się to zdarza* potem zaczął gadać dużo głupich rzeczy, które można streścić w krótkim „ chcę zostać waszym sponsorem na ten wieczór”. Kiedy dziadzio odszedł, pozostawiając przy nas swoje piwo (co zdecydowanie nie było dobrym znakiem) zebrałyśmy się w mgnieniu oka z pubu. Po drodze żartowałyśmy, że biegnie za nami z zapiekankami ;)
Niedziala - powrót do Poznania.
No to teraz dalej. Poznań w końcu przestał być taki szary. Pojawiły się kwiaty i dzięki słońcu więcej się chce. Udało mi się uniknąć karnego koła za nieróbstwo ;P z poznaniaków dalej się nabijam. A właśnie! Zamieszczam wam kilka ciekawych zwrotów, którymi posługują się tutejszy i (uwaga) oni serio tak gadają. O.o
Bejmy - pieniądze
Bimba - tramwaj
Bana - pociąg
Mycka - czapka
Chabas - mięso
Ćpnąć - wyrzucić
Garować - spać
Gilejza - niezdara
Glapa - wrona
Glazejki – skórzane rękawiczki
Gymyla - śmietnik
Kabza - kieszeń
Kalafa - twarz (! XD)
Kejter - pies
Klamoty - kamienie
Kociamber - kot
Lajsnąć - sprawić sobie coś, kupić
Lyrać się - chwiać się
Nygus - leń )
Poruta - wstyd, kompromitacja
Ryczka - stołeczek
Szczun - chłopak
Szneka - drożdżówka
Tytka - torba papierowa
Wymarać - wyszukać
Wymborek - wiadro
No cóż. Siedzę właśnie na materiałoznawstwie. Wykłady z tego
przedmiotu są straaaaszne. Dobrze, że na uczelni jest bezprzewodowy net. Dzięki
temu, nie umrę tu z nudów
Co u mnie słychać? Właściwie nie wiele się zmieniło. Mieszkam tam, gdzie
mieszkałam. Zaczęłam nowy semestr studiów i muszę się mocno zmobilizować, bo
ostatnio nic mi się nie chce. Liczba moich współlokatorów zmniejszyła się o
jeden. Pozbyliśmy się kucharza i teraz mieszka się nam lepiej. Trzeba tylko
pogadać z cieślą na temat pożyczania sobie moich narzędzi bez pytania. Problemu
by nie było, gdyby potem odkładał je na miejsce.
Co do mojego stanu ducha – ostatnio jest dość dziwny. Chodzę rozdrażniona, nie do końca wiedząc czemu. Nie mogę się już doczekać wakacji. Męczy mnie ten cały Poznań.
Nie wiem czy to dobry pomysł pisać w tym momencie. Dopiero co wróciłam z Graala i jako, że przekroczyłam magiczny próg 1,5 piwa – jestem lekko wcięta. Bardzo się cieszę, że jednak wyszłam z domu. Po wczorajszym dniu byłam wyjątkowo zmęczona. No ale od początku:
Impreza urodzinowa (boże..mam już 20lat o_o) była całkiem udana. Co prawda przykro mi, że nie pojawiło się kilka osób, na obecności których mi zależało – no ale co poradzić.
Chłopaki standardowo pograli sobie w szachy, popili, pooglądali telewizje. Pod wpływem obejrzanego odcinka pokemonów, przemalowali mi pomarańcz na pokebola. Nie było żadnych nieprzyjemnych sytuacji. Pośmiałam się, pogadałam sobie. Zostałam obdarowana trunkami i nie wiem kiedy je wypije. Może przejdę się w poniedziałek na jedności z butelką wina i będę demoralizować młodszych i tych, którzy nie zawitali do mnie na urodziny.
Idąc dalej. Dzisiaj wysprzątałam cały dom. Nie było tego dużo, ale byłoby o wiele mniej, gdyby Cebula nie porozlewał wódki po całym domu. Umówiłam się z chłopakami w Zaciszu. Przyjść przyszli, ale pić nie pili ;). Herok był autem, Królik nie był w stanie, a Andreasowi chyba po prostu nie chciało się pić. Pod wpływem impulsu przetransportowaliśmy się „srebrną strzałą” do Picolo. Chłopaki zjedli po picolince i wyruszyliśmy do Graala. No i tam było naprawdę pozytywnie. W salce, w której siedzieliśmy byli chłopacy z gitarą. Grali baaardzo fajnie. Zrobiliśmy im zrzutkę na piwo, w zamian za co zagrali nam kilka naprawdę fajnych kawałków. Pośpiewałam sobie, pokiwałam się trochę. Po pewnym czasie dołączyli do nas Homick i Majta. Z Guś niestety się minęłam. To chyba przez geny, po alkoholu robie się śpiąca. Podziękowałam chłopom za to, że tak fajnie nam pograli, pożegnałam się z ekipą i zebrałam do domu. To w sumie tyle…Wybaczcie mi, jeśli ta notka jest mało składna. Kocham was ;) i Koszalin. I cieszę się, że w końcu jestem w domu.